Z giełdy prowadzonej przez nowozelandzką firmę Fonterra, nadal płyną złe wieści zwiastujące kryzys w branży mleczarskiej. Obniżka o 5,9% ceny masła w ciągu dwóch tygodni była do przewidzenia i nawet do zaakceptowania, bowiem masło ma z czego tanieć. Warto przy tym zwrócić uwagę na ceny masła w sklepach, założymy się o każdą stawkę, że nie stanieje. Spadek ceny odtłuszczonego mleka w proszku o 6,5%, do poziomu z lipca 2015 r., jest wręcz dramatyczny. Tak niskie notowania tego produktu oznaczają, że jego cena w Polsce może spaść znacznie poniżej 6 zł/kg.
Do tej dramatycznie niskiej ceny przyczyniła się głównie Komisja Europejska, która nadal nie może sobie poradzić z upłynnieniem olbrzymich zapasów mleka w proszku sięgających 400 tys. ton. Handlarze liczą, że unijny proszek będzie tanieć, dlatego nie kwapią się z zakupem świeżego produktu. A wystarczyłoby, gdyby w świat poszła jedna z dwóch informacji: olbrzymie zapasy proszku mlecznego UE przeznaczy na pomoc dla najbiedniejszych państw albo sprzeda je wyłącznie z przeznaczeniem na pasze. To drugie rozwiązanie zachwiałoby rynkiem soi, ale to byłby problem wyłącznie dla farmerów z USA, Argentyny, Brazylii i innych państw specjalizujących się w produkcji soi. Dodajmy soi genetycznie modyfikowanej – niezbyt pożądanej, a nawet w niektórych państwach UE zakazanej.
Handel artykułami mleczarskimi będzie trwał do 15 grudnia, może kilka dni dłużej. Potem nastąpi miesięczna przerwa – zarówno w handlu międzynarodowym, jak i krajowym. I dopiero od lutego będziemy mieli obraz jak duże straty poniosą mleczarnie i rolnicy z racji obniżki cen wyrobów mleczarskich. Te obniżki będą na pewno! Tylko jeszcze nie można określić ich skali. Ale handel wielkosieciowy zawsze wyjdzie na swoje! Bo najbogatsi najwięcej zarabiają w czasie kryzysu.
Na początku listopada Krzysztof Jurgiel, minister rolnictwa, uspokajał, że „w Polsce nie ma ognisk ASF”. Wówczas przestrzegaliśmy, że takie zaklinanie rzeczywistości nie wyjdzie nam na dobre. Rozumiemy, że z ul. Wspólnej w Warszawie, gdzie mieści się resort rolnictwa, nie widać gospodarstw borykających się z ASF na wschodzie. W tym momencie przypomina się stare porzekadło „nie chciała góra przyjść do Mahometa, więc Mahomet przyszedł do góry”. Dziki z ASF znalezione w Puszczy Kampinoskiej nie są oczywiście ogniskiem, ale oznacza to, że choroba pokonała Wisłę i strach pomyśleć, co będzie z produkcją świń w Polsce. W ubiegłym roku, główny lekarz weterynarii tłumaczył, że walka z ASF kosztuje 15 mln zł dziennie. A toczy się na terenach słynących z produkcji mleka, a nie wieprzowiny. Ile będzie kosztować, jeśli choroba dotrze do trzodziarskich zagłębi położonych na zachód od Wisły? Dziesięć, czy sto razy więcej?
W skutecznym powstrzymywaniu choroby bardziej przypominamy Rosjan niż Czechów. Dla Rosji dwa ostatnie lata to szczyt liczby ognisk ASF. Czesi natomiast po znalezieniu zarażonego dzika zorganizowali sprawny odstrzał tych zwierząt, a zapowietrzony teren otoczyli barierami z pastuchów elektrycznych i repelentów.
Takie słowa jak świnia, świński, czy też wieprz, są nader często używane przez polityków. Używających tych nieparlamentarnych słów polityków chcemy uspokoić, że nie grozi im ASF, mimo że ogniska tej zakaźnej choroby znaleziono 20 kilometrów od gmachów polskiego parlamentu. Takiej mutacji ASF jeszcze nie odkryto, ale kto wie...
Krzysztof Wróblewski
Paweł Kuroczycki
redaktorzy naczelni
Krzysztof Wróblewski
Paweł Kuroczycki
redaktorzy naczelni